Nic nie musisz, a możesz wszystko…

Teoretycznie musisz bardzo wiele – masz niezliczoną liczbę spraw na głowie, a każdy dzień przynosi kolejne…

Zobowiązania Cię przygniatają, a terminy gonią – czasu wciąż brakuje…

Nakazy, zakazy ograniczają możliwości, które rzekomo masz (teoretycznie) nieograniczone…

A tak naprawdę „nic nie musisz tylko możesz”…

Bardzo wiele, a tak naprawdę wszystko zależy od Ciebie – od podejmowanych przez Ciebie decyzji…

Oczywiście to Tobie przyjdzie ponieść konsekwencje podejmowanych przez siebie decyzji ale… to Ty „je” podejmujesz – nikt za Ciebie tego nie (z)robi…

A gdy ktoś chce Ci narzucić swoją wolę możesz ulec jego sugestii lub się zbuntować i stanąć przysłowiowym okoniem…

Nie musisz nawet tego co sam sobie (w)mówiłeś, że musisz – przecież (zawsze) mogłeś zmienić zdanie i „dzisiaj” założenia z „wczoraj” mogły się zdewaluować…

Presja jest wielka, presja nieustannie narasta – nie ulegaj „jej” gdy nie czujesz takiej potrzeby…

„To Twoje życie” – daj sobie szansę na życie według własnych zasad…

Ale przecież muszę…

Ale przecież powinienem…

Czy aby na pewno…?

Gdyby się głębiej zastanowić i dokonać analizy to zbiór tego co musisz wyraźnie się skurczy…

To wszystko co powinieneś pozostanie jedynie sugestią nad którą jeżeli nie będziesz czuł takiej potrzeby możesz się nawet nie pochylać…

Nic nie musisz, a możesz wszystko – zakładając, że (cokolwiek) będziesz chciał…

Dobrze jednak „coś” chcieć i do „czegoś” dążyć…

Cele się przydają bo motywują nas do wyznaczania samym sobie szlaków, a droga jak już większość i to nie raz się przekonała jest ważniejsza niż osiągnięty cel…

Musimy mieć „jakąś” motywację aby rano wstać i z rozpoczynającym się dniem zmierzyć…

Wszystko co znajduje się powyżej ma „jakiś sens” ale… nie da się ukryć, że gdybyśmy niczego nie musieli to pojawiłby się problem i to nie jeden…

Istnieje duże prawdopodobieństwo tego, że gdybyśmy niczego nie musieli to moglibyśmy nic nie robić…

„Jesteśmy z natury leniwi” i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości…

Oczywiście „Praca uszlachetnia, a lenistwo uszczęśliwia” lecz czy aby na pewno…?

Relaks poprzedzony pracą smakuje (o wiele) lepiej…

Gdybyśmy nic nie robili nie mielibyśmy po czym odpoczywać…?

No chyba, że od odpoczynku również można odpocząć…(?)

(Prawie) każdy chciałby wygrać na loterii pokaźną sumę pieniędzy dzięki, której do końca życia nie musiałby pracować…

Wizja piękna ale… Co dalej…?

Dom, samochód, wyjazdy, luksusowe restauracje…

Ile można tak żyć…?

Co robić jeżeli nic się nie musi…?

Wstawać z łóżka czy leżeć w nim cały dzień…(?)

Motywacja…?

Jaka motywacja…?

Przecież (już) nic nie muszę…

Czyli jednak „luksusowa wegetacja”…

To tylko nie mające większego znaczenia teoretyzowanie ale… „biografie” ludzi, którzy trafili „los na loterii” dają do myślenia…

Brak jakiejkolwiek motywacji może odebrać chęć tudzież potrzebę robienia czegokolwiek, a nawet „sens życia”…

Można by było jeszcze długo – mniej lub bardziej sensownie ale…

KONIEC.

13 uwag do wpisu “Nic nie musisz, a możesz wszystko…

  1. Nie lubię argumentu „nic nie musisz”. Kilka znajomych rodzin, w których konsekwentnie stosowano tę zasadę to kompletne katastrofy. Wolę myśleć, że są rzeczy, które muszę – dla jakiegoś celu, na którym mi zależy. Gdybym tak nie myślała, to pewnie siedziałabym już dziś na wózku inwalidzkim. Coś muszę, bo czegoś chcę i czegoś potrzebuję…

    Polubienie

    • Jestem dokładnie tego samego zdania, Pani Peonio. Nie da się przeżyć życia opierając je na stwierdzeniu „nic nie muszę”, i jednocześnie pod jego koniec stwierdzić „żyłam / żyłem w przekonaniu, że niczego nie muszę i jestem z tego podejścia zadowolony / zadowolona”. Pewne rzeczy jednak musimy i nazywa się to odpowiedzialność, za siebie, za innych, za własne zobowiązania w stosunku do siebie i innych. Dotrzymanie zobowiązania opiera się na stwierdzeniu „pewne rzeczy muszę jednak zrobić”, a kiedy to zrobię, czuję, że postąpiłem uczciwie, tak, jak powinienem postąpić. Natomiast to, czego na pewno nie muszę, to składać deklaracji, jeśli są one wyłącznie odpowiedzią na stawiane nam przez innych oczekiwania, jeśli wewnątrz nie czuję, że chcę lub będę w stanie je spełnić, jeśli nie czuję się ze składanymi zobowiązaniami tożsamy / tożsama. Jedyne, czego nie muszę, to brać na siebie zobowiązań za to, czego nie mam zamiaru wobec samej siebie lub innych dotrzymać.

      Polubione przez 1 osoba

        • Pięknie niepięknie, ale od siebie :-). Miło, że się podoba. Przy okazji – z ciekawości zerknęłam po linteczce na Twoją stronę i o matko jedyna!. Nie dość, że mam tam czytania i poznawania po uszy, to jeszcze moje klimaty i pasje w jednym miejscu, a w tym biegu pomiędzy maszyną parową, zerknięciem na stronę Cyfrowego (bo jako Analogowego Gospodarza tego cichego ustronia nie znam) i czyszczeniem wacikiem klawiatury dostrzegłam, że w krótkim odstępie czasu odwiedziłyśmy Empik w Arkadii :-). Czyli – pewnie mamy do siebie blisko, przynajmniej pod wieloma względami :-).

          Na Twoją stronę z przyjemnością wrócę, jak uporam się z tym bajzlem dookoła w moim rzeczywistym świecie 🙂

          Pozdrawiam i Ciebie, i Gospodarza 🙂

          Polubione przez 1 osoba

        • No to podyskutujmy :-). O sytuacji, w której chcemy żyć według własnych zasad, ale nie żyjemy sami. Czyli dajmy na to mamy dzieci (jeśli nie masz dzieci, to odnieś to do matki, ojca, partnera, partnerki itd.) W którym miejscu wyznaczymy granicę pomiędzy poczuciem odpowiedzialności za siebie i życiem według własnych zasad i gdzie zaczyna się „narzucanie nam zasad przed innych”?

          Może żeby było łatwiej się odnieść, dam przykład. Dajmy na to, że mam wieloletniego partnera, który pewnego dnia zaczyna się uskarżać na powtarzające się bóle kręgosłupa. Dotychczas biegaliśmy razem, wyruszaliśmy w długie piesze wędrówki, dźwigając czasem ciężkie plecaki, ale problem z kręgosłupem mojego partnera stawia to wspólne bieganie i długie piesze wędrówki z obciążeniem pod znakiem zapytania. Bieganie i wędrowanie po górach to nie tylko moja pasja, ale jedna z zasad, jakimi kieruję się w życiu, oznacza dla mnie dbałość o kondycję, troskę o zachowanie zdrowia, nadaje także mojemu życiu pewien ustalony i lubiany przeze mnie rytm. Jak powinnam w tej sytuacji postąpić:

          a) zainteresować się stanem zdrowia mojego partnera i uwzględnić jego niespodziewane dla mnie ograniczenie w swoich przyszłych planach, rezygnując po części z długodystansowego wspólnego biegania, z forsownych wędrówek, a czasowo skoncentrować się razem z partnerem na tym, żeby pomóc mu ustalić przyczynę, podjąć leczenie i jeśli diagnoza pokaże, że niestety, przez jakiś czas to bieganie i wspinaczki musimy zamienić na spokojne spacery po parku, a ewentualnie pobiegam sobie od czasu do czasu do czasu sama, lub
          b) skoro słyszę, że partner ma problem z kręgosłupem, na który zaczyna narzekać, dochodzę do wniosku, że każdy ponosi odpowiedzialność wyłącznie za siebie i nikt nie ma prawa narzucać mi nowego stylu życia, który mi nie pasuje, więc pozostawiam partnerowi wolną rękę w sprawie podjęcia leczenia lub niepodejmowania, a wśród swoich bliskich znajomych szukam, bez informowania o tym partnera, jakiegoś innego sprawnego mężczyzny, który lubi biegać i wspinać się po skałkach, by móc z nim razem kontynuować styl życia, jaki lubię. Oczywiście nie informuję o tym partnera, żeby mu nie sprawiać przykrości (zatajam fakt, że czasem biegam lub wyjeżdżam w góry z innym mężczyzną).

          Którą wersję odpowiedzialności obstawiasz? 🙂

          Polubienie

          • Oczywiście pod pojęciem „inni” mam na myśli osoby, które nie są dla nas aż tak ważne jak partner czy dzieci… już nawet Rodzina, która mimo iż jest bardzo ważna nie powinna w kształtowaniu naszego życia odgrywać decydującej roli – Rodzice i ich oczekiwania względem nas, co niestety się zdarza, a jest najgorszym co może być – realizowanie się Rodziców poprzez dzieci, które to „powinny” osiągnąć to czego Rodzicom się nie udało lub też powinny żyć tak jak Rodzice bo przecież oni wiedzą najlepiej jak powinno się żyć…

            Bez chwili zastanowienia wybieram odpowiedź „a” – za bieganiem nie przepadam, zdecydowanie preferuję spacer, a na szczęście w naszym kraju można również wyjechać w góry mało forsujące i z ciężkiego plecaka zrezygnować… oczywiście wszystko to po konsultacji z lekarzem lub farmaceutom… 😉

            Wiem co miałaś na myśli i generalnie się zgadzam – są rzeczy, które musimy, a to co możemy jest w pewnym stopniu ograniczone…

            Polubienie

  2. Podobnie jest ze stwierdzeniem „mogę wszystko”. Nie, wszystkiego nie mogę. Są granice tego, co mogę i te granice nie są bynajmniej tym, co mnie w czymś ogranicza (przykład – mogę być biegaczem, nawet jeśli urodziłem się bez nóg, ale żeby nim być, muszę spełnić pewne warunki, ponad te, którymi dysponuje osoba pełnosprawna – potrzebuję choćby odpowiednich protez, a więc i odpowiednich środków, odpowiedniej determinacji i woli, odpowiedniego wsparcia, nadal jednak mogę, jeśli ograniczeń nie ma lub ich nie uwzględniam lub jestem w stanie je przełamać). Nie mogę natomiast tego, co wykracza poza granice moich własnych praw, czyli ingeruje w wolność i prawa drugiego człowieka, bo to prowadzi do nadużycia, wykorzystania, krzywdy drugiej osoby. Nie mogę wtedy, kiedy wiem, że jeśli powiem sobie: mogę, mam prawo, naruszę granice praw i wolności swoich bliźnich, ze szkodą dla nich.

    Polubienie

    • Chcemy wierzyć w to, że „możemy wszystko” – lecz to tylko teoria, a praktyka prozy życia weryfikuje te słowa…
      Oczywiście to co możemy kończy się tam gdzie zaczyna się sfera tego co może inni człowiek… nasz prawa są tożsame z prawami innych ludzi – musimy o tym zawsze pamiętać zwłaszcza w chwilach, w których powtarzamy sobie słowa – „mogę wszystko”…

      Polubienie

  3. Przykład drugi – wszystko z życia.

    Mam wieloletniego partnera. Pracujemy w jednym mieście i spotykamy się systematycznie, zapewniając się o łączącym nas uczuciu, ale z racji faktu, że mój partner mieszka z rodzicami, którymi z racji podeszłego wieku musi (albo lepiej – chce) się opiekować, a ja wynajmuję w tym mieście pokój w mieszkaniu współdzielonym z inną kobietą, w związku z czym (oraz rodzicami pod opieką partnera w jego mieszkaniu) wspólne zamieszkanie nie jest możliwe, więc taka forma bycia razem, wyłączająca wspólne zamieszkanie (być może czasowo, bo rodzice partnera to mocno leciwi staruszkowie, ale jednak) nam odpowiada. A przynajmniej – zapewniamy siebie nawzajem o tym, że nam odpowiada. Moje własne mieszkanie jest w innym mieście. Pewnego dnia otrzymuję od znajomego z mojego miejsca stałego zamieszkania, że mogę tam podjąć pracę, która pozwoli mi w końcu na samorealizację (dajmy przykład – pragnęłam zawsze malować, a znajomy daje mi znać, że zwolniło się piękne atelier po naprawdę niskich kosztach).

    Jak postępuję (czyli gdzie wyznaczam granicę swojego poczucia odpowiedzialności i przymusu).

    a) informuję partnera o tym, że pojawiła się niespotykana dla mnie szansa na rozwój i realizację moich pasji, która może się po raz drugi w moim życiu nie powtórzyć (nie jestem już młoda, więc doświadczenie podpowiada mi, że to wyjątkowa okazja) i staram się tak poukładać wspólne plany, żeby z jednej strony przekonać partnera o tym, że mój wyjazd nie oznacza zerwania relacji, a po prostu powinniśmy przeorganizować ją w sposób, który umożliwi mi skorzystanie z okazji. Jeśli na miejscu okaże się, że z atelier wszystko pięknie się układa, w kolejnym kroku proponuję partnerowi, żeby rozważył możliwość przeniesienia się do mojego miasta lub tak ustawiamy relację, by była ona możliwa na odległość
    b) nic nie mówię partnerowi o szansie, jaka się przede mną pojawiła, bo obawiam się, że jeśli mu o tym powiem, to pokrzyżuję tym swoje plany i stracę pojawiającą się szansę, tylko po kryjomu realizuję plan przeprowadzki do miejsca stałego zamieszkania, a kiedy już wszystko sobie poukładam jak trzeba, informuję mojego partnera, że niestety musimy zerwać naszą znajomość, bo mam inne plany na swoje życie. Nie zgodzę się bowiem, by ktoś narzucał mi styl życia, jaki mi nie pasuje i rujnował moje plany na przyszłość.

    Która z tych wersji postępowania jest Ci bliższa?

    Polubienie

    • W tym przypadku również wybrałbym odpowiedź, a tym samym postawę „a”… lecz wydaje mi się, że są osoby, które wybrałyby odpowiedź „b”… wszystko zależy od konkretnej osoby, siły relacji z innym człowiekiem i znaczenia jakie ma dla kogoś partner, a tego jak ważna jest dla kogoś kariera, osiągnięcia, sukcesy…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s